Zaznacz stronę

Całkiem niedawno w epidemie dziesiątkowały ludność praktycznie całego świata, wliczając w to także nasze regiony geograficzne. Pandemia potrafiła rozwijać się w jednym zakątku świata a następnie rozprzestrzeniać praktycznie na cały glob. I działo się to całkiem skutecznie, przykładowo w 1852 ludność Warszawy zmniejszyła się o 20% 1 z powodu cholery.

Dziś już powszechnie ‘wiadomo’, że choroby zakaźne takie jak cholera wywoływane są bakteriami, zaksięgowaliśmy już definicję i zamknęliśmy rozdział – zwalczamy więc bakterię, dbamy o higienę, izolujemy chorych itd. – zachorowalność spada – wszystko wydaje się nam być opanowane.

Postrach przed epidemiami jednak nie zniknął z naszych dziejów, towarzyszy nam również w naszych czasach i regionach, przykładowo na dzień dzisiejszy straszy się nas epidemią odry. I Choć różne są zdania na temat tej choroby, nie ulega wątpliwości że ma ona oprócz charakteru czysto wirusowego – kiedy dotyka chorego, jego rodzinę, ma także charakter psychologiczny, choćby taki że niejedną/ego wpędza w znaczny poziom stresu. A to z kolei, niechybnie wpływa na odporność organizmów, a tym samym niestety podatność na zachorowania. Ratujemy się więc jak możemy począwszy od “żartowania z choroby” w towarzystwie i na demotach, poprzez pomoc psychologiczną, a  skończywszy na szukaniu teorii spiskowych – jakoby to ktoś specjalnie stworzył/wypuścił wirusa by sprzedać więcej leków i szczepionek. Wszystko to pomaga zmniejszyć poziom stresu dla organizmu, a tym samym przypuszczalnie wręcz realnie zwiększa naszą odporność organizmu na choroby (ma też skutki uboczne dla duszy, ale o tym kiedy indziej). Nie ciężko jednak sprawdzić jak jest naprawdę, wystarczy sprawdzić choćby w google trends jak jakkolwiek wzmianka o chorobie zakaźnej sprawia że pojawiają się zapytania dotyczące tej choroby, tak jak jest obecnie w przypadku odry, kiedy ludzie wpisywali takie hasła jak: ‘objawy odry’, ‘szczepienia na odrę cena’, ‘epidemia odry’, ‘jakie są pierwsze objawy odry’ itd.

Wracając jednak do zadanego w temacie pytania “Cholera – czy to choroba psychiczna?”, jak napisałem powszechnie dziś wiadomo, że jest to choroba zakaźna, i tak jak inne choroby tego typu rozpowszechnia się poprzez bakterie, wirusy i inne małe potworki – można rzec choroby materii ożywionej. Tak jak na inne tego typu choroby mamy obecnie szczepionki – generalnie wszystko uporządkowane, można usiąść i więcej się nad tym nie zastanawiać. Czy tak było zawsze, i czy napewno warto usiąść na laurach bezpieczeństwa myślowego pakując tą w spokojny system?

Stawiając dziś hipotezę, że jakakolwiek choroba znana dziś np. jako choroba wirusowa, bakteriologicza jest lub była wcześniej chorobą psychiczną, następnie chorobą psychosomatyczną, a kolejno ‘materialną’ (zarazkową), mógłbym się tylko ośmieszyć i ośmieszam zatem się 🙂 Chciałbym dziś przedstawić pewnego rodzaju przypuszczenia dotyczące filozofii chorób zakaźnych.

Do jasnej Cholery!

Zacznę od badań Juliana Ochorowicza 2 przeprowadzonych podczas epidemii cholery we Francji. Działo się to w wieku XIX, mieli już pewnego rodzaju rozeznanie i zdawali sobie sprawę że cholera to choroba, tak jak inne zakaźne ‘materialna’ i roznosi się przez jakiegoś rodzaju zarazki. Zdawali sobie naukowo sprawę zatem że zachowanie zasad higieny, izolacji i czystości może ich od niej uchronić. Sam jednak Ochorowicz, podał w wątpliwość działanie samej materii w przypadku tej choroby, jako fascynat i praktykant hipnotyzmu namiętnie badał podatność na hipnozę u każdego kogo napotkał (przynajmniej takie wrażenie można wywnioskować z jego dzieł). Zachciało mu się też zbadać w czasie tejże epidemii wielu chorych na cholerę, wniosek został mu jeden – procent wrażliwych na hipnozę wśród zachorowań jest znacznie większy niż w innych chorobach. Innymi słowy wysnuwa wniosek iż owszem zarazki sobie krążą w wodzie czy też w powietrzu (nie mieli wtedy jeszcze na ten temat jednoznacznej wiedzy), ale mogą kompletnie nie działać bez przygotowania psychicznego gruntu w człowieku. By nie wyciągnąć pochopnych wniosków, warto jeszcze nadmienić, że podatność hipnotyczna wg niego, nie jest złą cechą – cechuje jedynie pewną wrażliwość.

Julian Ochorowicz, Psychologia i Medycyna (Serya druga), Warszawa 1917, s 75

Wniosek jaki można by zatem wyciągnąć wydaje się być odrobinę “magiczny” i ciężki do zaakceptowania przez racjonalny świat, ale wypadałoby tak naprawdę stwierdzić, że zachorowalność na cholerę może być zależna od naszego stanu psychicznego (duszewnego). Ciężko o dowody, i dalsze badania w tym względzie, lepiej żeby cholera nie wracała, a nawet jeśli wróci pytanie czy to będą te same szczepy czy może już zmutowane? Z historycznego punktu widzenia warto zauważyć jeden przypadek epidemii cholery, kiedy silne oddziaływanie pewnego autorytetu – można rzec hipnotyczne – uratowało sporą liczbę osób przed zachorowaniem. Zdarzenie miało miejsce w 1854 roku w Turynie, kiedy to chłopcy z oratorium Jana Bosko, zapewnienii że nie zachorują jeżeli będą w stanie łaski i będą nosić świątobliwy medalik, poszli pomagać chorym. Stało się tak jak im autorytet powiedział – nie zachorowali, mimo że nadzwyczaj wyróżniali się w pielęgnacji chorych, a co z tym idzie kontaktem z zarazkami. Mógł to być oczywiście przypadek, mógł być cud, a mógł to być po prostu autorytet Jana czy też wiary wobec dzieci, który zadziałał na nich hipnotycznie, w sensie miał wpływ na ich organizmy i  duszę. Osobiście optuję za tym trzecim, sam Jan opierał się na autorytecie wiary w zbawiciela, który pokonał śmierć i dał nam życie w stanie łaski i choć osobiście nie zgadzam się z rzymsko-katolicką warunkową metodą dystrybucji chrześcijańskiej łaski, to zgadzam się z tym że wiara w to że Chrystusowa łaska działa, może nas od wielu chorób rzeczy uchronić – będąc duchowym ukojeniem dla problemów naszej duszy. Dzięki łasce przestajemy się po prostu obwiniać, gnębić i zadręczać, czymkolwiek co nam na sumieniu siedziało tym samym zmniejszamy poziom stresu i innych napięć psychicznych, zaczynamy natomiast rozumieć czym jest miłość, wybaczenie itd.

Cholera, czyli życiowy przecinek

W czasie kilku pandemii cholery rzecz jasna robiono badania i szukano metody na zapobieganie, tutaj pewne światło daje nam pewna obserwację Kocha 3 , który bacznie badał pod mikroskopem przecinkowce cholery (stworki w kształcie przecinka). Zauważył że są bardzo mało odporne na przeróżne kwasy, zalecano zatem picie po prostu kwaśnych napojów – czy to działało nie znalazłem niestety doniesień. U nas w polsce zalecano raczej makowce (opium) w celu ukojenia nerwów.  W każdym razie jest to dosyć ciekawym spostrzeżeniem, w pewien sposób naukowo można by wykorzystać tą obserwację do zbadania czy cholera jest chorobą natury psychicznej. To co można zrobić z taką informacją to zbadać reakcję kwasową żołądka, jelit i innych organów przewodu pokarmowego na poziom przykładowo stresu psychicznego, a to już rzuca pewne światło – tej pozornie magicznej tytułowej tezy. Przykładowo nie trudno zaobserwować różne reakcje jelitowe na stresujące sytuację, nie trudno też zaobserwować zmianę nawyków żywieniowych pod wpływem stanów psychicznych. Innymi słowy można przedstawić prosty diagram implikacyjny:

czynnik psychiczny -> reakcja układu pokarmowego wewnętrzną/zewnętrzną -> zmiana kwasowości tegoż układu -> podatność na cholerę

Z innych ciekawych historycznych doniesień warto też zauważyć powtarzającą się w kilku polskich statystykach obserwacje jakoby żydzi mieszkający wtedy razem z polakami mieli mniejszą śmiertelność na cholerę 4 . Próbowano wtedy rozpoznać tego przyczynę, wstępnie ustalono że ludzie tej narodowości rzadziej lądowali w szpitalach, a częściej byli leczeni w domu co też jakimś sposobem miało się przyczynić do mniejszej umieralności. Zjawiskiem powszechnym w tamtych czasach był strach przed umieszczeniem w szpitalu – a co z tym idzie szpital pewnie generował większy poziom stresu? Społeczność żydowska być może była bardziej nieufna – i jak widać dozą zaufania nie obarczyła szpitali, wyszło im to w tym przypadku na dobre. Ale czy to był ten czynnik, czy może po prostu tak jakbyśmy to dziś lupą i szkiełkiem stwierdzili, mieli inną pulę genetyczną…? Ja z kolei bym dodał od siebie, jeszcze różnice w wychowaniu, przeżywaniu religii (rozdziału między duszą a ciałem), a także różnicę w diecie –  a tym samym różnice w przeżywaniu psychicznym tejże pandemii – bo jak dziś zaczynamy naukowo dostrzegać, te czynniki mają wpływ na psychikę. Co jednak było ostatecznie przyczyną mniejszej umieralności środowiska żydowskiego nie sposób jednoznacznie stwierdzić.

Odporność wrodzona

Dziś jak spotkalibyśmy kogoś odpornego na daną chorobę zapewne doszukiwalibyśmy się źródła tej odporności w genach, ciężko by jej było szukać w psychice (duszy), dlaczego tak robimy? Żyjemy w erze informacji, a ta sama w sobie nie jest emocją – i możemy ją opracowywać niejako wyłączając się emocjonalnie. Z jednej strony jest to przydatne, z drugiej często zgubne gdyż pomijamy i wnioskujemy nie uwzględniając stanów emocjonalnych. W każdym razie informacją chcemy wszystko opisać, wydaje się nam że po prostu łatwiej się nam między sobą komunikować zapisanymi bajtami informacji niż przekazem zawierającym jawny stan emocjonalny. Zostańmy zatem przy tychże genach pytanie czy tu też znajdziemy jakieś potwierdzenie oddziaływania psychiki na odporność?

Mając pulę ekspresji genów, wypada zadać pytanie skąd taka pula się bierze w danym społeczeństwie, jakie jest jej źródło? Zbadanie genomu niestety niewiele nam dało, utknęliśmy w martwym punkcie, park jurajski i prosta wiara w ewolucję pozostały tymczasowo jedynie fantazją, w naukowej grze o byt z duszą nastał czas epigenetyki 5 – doszukiwania się źródeł zmian w ekspresji genów. Mówi się obecnie już nie tylko o dziedziczeniu zestawu genów, ale także o dziedziczeniu ich ekspresji, o dziedziczeniu traum 6 i o pewnego rodzaju dziedziczonej pamięci komórkowej 7 . Tak po ludzku mówiąc naukowo udowadnia się że dziedziczymy pamięć traum i innych przeżyć – wraz z narodzinami otrzymujemy listy pokoleniowe. Co dziwne zwykle badania i wnioski idą w kierunku takim że dzięki temu jesteśmy bardziej odporni na różne stresy, a co z tym idzie możemy się bardziej ewolucyjnie rozwijać. Ale to temat na kolejny artykuł, bo to co obserwuję to istna naukowa patologia, nie rozumiem jak można nazywać dziedziczenie pamięci traum  – ewolucją – postępem rozwojowym. W każdym razie, powoli zaczynamy dowodzić, że odporność na różne choroby mimo że tłumaczymy to na dzień dzisiejszy jako odpornośc genetyczna, to tak naprawdę odporność psychiczna tyle że dziedziczona już niejako materialnie, bo przeżyta kilka pokoleń wcześniej. Może to daleki szarlatański wniosek, ale cóż radzę usiąść i głęboko szczerzę się nad tym zastanowić, odsyłam też do źródeł i samodzielnego myślenia.

Czy zatem cholera to choroba psychiczna – wychodzi mi na to że tak, a jak się ktoś z tym stwierdzeniem nie zgadza zalecam prześledzić w wyobraźni rozwój tegoż przecinkowca, czy istniał on od zawsze? Czy może się rozwinął – czym był wcześniej? Dziś wiemy że mikroby się rozwijają, kolejne pokolenia bakteryjne odporne są na kolejne nasze leki. Antybiotyk dziś skuteczny, jutro staje się bezwartościowy – bakterie się modyfikują i stają się odporne. Problem polega na tym, że te małe stworki też mają swoją mikro-ewolucję, i zapewne dziedziczą traumę poprzedniego pokolenia – a walka z nimi na dłuższą metę to walka z wiatrakami, zwłaszcza że pokolenia u tych maleńkich stworzonek mijają znacznie szybciej niż ludzkie pokolenia. Wychodzi nam tu pewnego rodzaju błędne koło – można rzec obłęd, z jednej strony chcemy na prędce ratować nasze życie w razie pojawienia się epidemii, z drugiej wiemy, że bakteria dzięki temu zabiegowi może się zmodyfikować, i gdzieś na świecie zacząć żniwo jako odporna na obecne leki.

Pytanie należałoby zadać czy stosując antybiotyki mamy wpływ na rozwój odporności bakterii i jej modyfikację genetyczną? – obawiam się że odpowiedź będzie twierdząca. Co zatem robić? – odpowiedź prosta – wyskoczyć z zaklętego koła i zacząć dbać najpierw o zdrowie psychiczne, emocjonalne w pierwszej kolejności  (duszewne – duchowe). A jeśli już choroba nam się trafi to co? – leczyć się z pokorą jak lekarz przykazał – nie mam na te pytania innej odpowiedzi. Pozostaje jedynie zaduma i powrót myślą do sytuacji chłopaków z sierocińca Jana Bosko… Gdybyśmy wszystkie problemy, nawet te małe problemy rozwiązywali łaską, miłością może mikroby nie musiałyby się aż tak agresywnie rozwijać? Może te mikroby kiedyś służyły nie do pokoleniowego przypominania nam o traumach, ale do przypominania nam o rzeczach trochę bardziej pozytywnych?

Nie pozostają mi też obojętne w tych rozważaniach, biblijne historie w których dziedziczenie ma jakoby pierwszorzędne znaczenie (te najnudniejsze fragmenty biblii – wypisywanie pokoleń)… jakoś dziwnie za bardzo mi to koreluje z odkryciami epigenetycznymi.


  1. Cholera – Jej dawniejsze epidemije u nas, przyczyny, objawy, zapobieganie i leczenie, Warszawa 1892, s 6
  2. Julian Ochorowicz, Psychologia i Medycyna (Serya druga), Warszawa 1917, s 75
  3. Cholera – Jej dawniejsze epidemije u nas, przyczyny, objawy, zapobieganie i leczenie, Warszawa 1892, s 23
  4. „Przeszłość Demograficzna Polski” 37, 2015, nr 3 DOI: 10.18276/pdp.2015.3.37-03
  5. totylkoteoria.pl/2017/04/epigenetyka-dziedziczenie-epigenetyczne.html
  6. newsweek.pl/wiedza/nauka/czy-leki-i-traumy-tez-dziedziczymy-po-przodkach-na-newsweekpl/078ftzd
  7. naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,409972,katowice-specjalisci-traume-dziedziczymy-przez-wiele-pokolen.html